Kiedy pytają mnie: Czy są takie filmy które mogę oglądać za
każdym razem gdy lecą w TV? Odpowiadam: Tak, jako zepsute dziecko popkultury
nie znające się na kinie ambitnym i niszowym i oglądające wszystkie ociekające
komercją najnowsze amerykańskie produkcje (i wcale nie zażenowane tym faktem), zawsze
będę oglądać „Seks w wielkim mieście”.
Rzecz w tym, że jako nowoczesne księżniczki dawno porzuciłyśmy
wizję bycia Kopciuszkami. A jednak idea panny porzucającej pantofelek przetrwa
wszystko, bo romantyzm przetrwa wszystko. Nawet feministki, palenie staników,
parytety (nie to że jestem przeciwko). Typowego kopciuszka z biegiem czasu porzucamy na korzyść bohaterki takiej jak Carrie Bradshaw. Bowiem każda z nas marzy o dokladnie takiej historii jak
Carrie (no dobrze, nie generalizujmy, będę mówiła o sobie). Pełna sukcesu, stylowa, wspaniała, charakterna kobieta z wielką choć skomplikowaną miłością u boku, a do tego wszystkiego nie jakimś wypacykowanym
tylko istotnie męskim, postawnym amantem, Mr. Bigiem.
W tym momencie wszyscy niezainteresowani tematyką tego
kultowego serialu prawdopodobnie już wyłączają kartę mojego bloga w
przeglądarce, ale niecierpliwcy! Ten post jest głębszy niż tylko zachwyt nad
najbardziej epickim serialem EVER.
Dla mnie ucieleśnieniem kobiecości jest właśnie taka Carrie
Bradshaw, a idealną wizją miłości jest właśnie ta jej z Bigiem. Gdzieś na
pograniczu nienawiści, pokręcona jak sinusoida, góry, doły, ale ostatecznie
milość wielka i z happy endem.
Sam serial trwał przecież 6 sezonów i wspaniałe 6 lat stąd w
filmie będącym poniekąd kontynuacją widać już wyraźnie zmarszczki Sary Jessiki
Parker (wątpiących w jej urodę potępiam… obkładam ekskomuniką, spójrzcie na
siebie), widać już iż Big powinien siwieć a o dziwo ma czarne niczym smoła
włosy, widać że Samantha pozostaje niezmienna i niezmienna takoż jest jej
pasja, [if you know what I mean…] i tak
wlasnie w zyciu jest, musimy swoje przeżyć a ilość zmarszczek, niedoskonałości
ukazuje to wszystko co przeżyliśmy, JAK wiele przeżyliśmy a nasze życie nie
polega wyłącznie na byciu mimozą i bezbarwną postacią.
Stąd marzenie o życiu jak Carrie drzemie we mnie, myślę że
podobnie jak w każdej z nas. Siedzącej w lofcie w Nowym Jorku ubranej w koszulę
nocną oczywiście od Diora. Która przeżyła tak wiele wspaniałych przygód. Tak
wiele obrzydliwie drogich par butów. Tak cudowne przyjaciółki jak Charlotte,
Samantha i Miranda (i oczywiście Stanford, najbardziej bezpretensjonalny gej
wszech czasów). Tak wiele znajomości. Tak wiele kilometrów po Manhattanie. Tak wiele
przemyśleń, czasem banalnych, jednak szczery banał uważam za lepszy niż
wydumane frazesy.
Chyba od przyszłych urodzin będę sobie życzyła tak wielkiego
życia i tak wielkiej miłości jak Carrie Bradshaw, ta cudowna, szkoda, że fikcyjna
bohaterka. Jak sama mówi (sezon szósty, ostatni odcinek), w scenie która wzrusza mnie niezmiennie:
"I'm looking
for love. Real love. Ridiculous, inconvenient, consuming,
can't-live-without-each-other love. And I don't think that love is here in this
expensive suite in this lovely hotel in Paris."
A może po prostu lepiej sobie życzyć
takiej weny i takich zbiegów okoliczności, żeby ze swojego życia uczynić coś na
miarę hollywoodzkiego filmu…?
Dzisiaj pisała dla Was: Niepoprawna Romantyczka Little Acid.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz