by Katarzyna Kwasek


środa, 13 czerwca 2012

American dream


Kiedy pytają mnie: Czy są takie filmy które mogę oglądać za każdym razem gdy lecą w TV? Odpowiadam: Tak, jako zepsute dziecko popkultury nie znające się na kinie ambitnym i niszowym i oglądające wszystkie ociekające komercją najnowsze amerykańskie produkcje (i wcale nie zażenowane tym faktem), zawsze będę oglądać „Seks w wielkim mieście”.


Rzecz w tym, że jako nowoczesne księżniczki dawno porzuciłyśmy wizję bycia Kopciuszkami. A jednak idea panny porzucającej pantofelek przetrwa wszystko, bo romantyzm przetrwa wszystko. Nawet feministki, palenie staników, parytety (nie to że jestem przeciwko). Typowego kopciuszka z biegiem czasu porzucamy na korzyść bohaterki takiej jak Carrie Bradshaw. Bowiem każda z nas marzy o dokladnie takiej historii jak Carrie (no dobrze, nie generalizujmy, będę mówiła o sobie). Pełna sukcesu, stylowa, wspaniała, charakterna kobieta z wielką choć skomplikowaną miłością u boku, a do tego wszystkiego nie jakimś wypacykowanym tylko istotnie męskim, postawnym amantem, Mr. Bigiem.

W tym momencie wszyscy niezainteresowani tematyką tego kultowego serialu prawdopodobnie już wyłączają kartę mojego bloga w przeglądarce, ale niecierpliwcy! Ten post jest głębszy niż tylko zachwyt nad najbardziej epickim serialem EVER.

Dla mnie ucieleśnieniem kobiecości jest właśnie taka Carrie Bradshaw, a idealną wizją miłości jest właśnie ta jej z Bigiem. Gdzieś na pograniczu nienawiści, pokręcona jak sinusoida, góry, doły, ale ostatecznie milość wielka i z happy endem.

Sam serial trwał przecież 6 sezonów i wspaniałe 6 lat stąd w filmie będącym poniekąd kontynuacją widać już wyraźnie zmarszczki Sary Jessiki Parker (wątpiących w jej urodę potępiam… obkładam ekskomuniką, spójrzcie na siebie), widać już iż Big powinien siwieć a o dziwo ma czarne niczym smoła włosy, widać że Samantha pozostaje niezmienna i niezmienna takoż jest jej pasja, [if you know what I mean…] i  tak wlasnie w zyciu jest, musimy swoje przeżyć a ilość zmarszczek, niedoskonałości ukazuje to wszystko co przeżyliśmy, JAK wiele przeżyliśmy a nasze życie nie polega wyłącznie na byciu mimozą i bezbarwną postacią.

Stąd marzenie o życiu jak Carrie drzemie we mnie, myślę że podobnie jak w każdej z nas. Siedzącej w lofcie w Nowym Jorku ubranej w koszulę nocną oczywiście od Diora. Która przeżyła tak wiele wspaniałych przygód. Tak wiele obrzydliwie drogich par butów. Tak cudowne przyjaciółki jak Charlotte, Samantha i Miranda (i oczywiście Stanford, najbardziej bezpretensjonalny gej wszech czasów). Tak wiele znajomości. Tak wiele kilometrów po Manhattanie. Tak wiele przemyśleń, czasem banalnych, jednak szczery banał uważam za lepszy niż wydumane frazesy.

Chyba od przyszłych urodzin będę sobie życzyła tak wielkiego życia i tak wielkiej miłości jak Carrie Bradshaw, ta cudowna, szkoda, że fikcyjna bohaterka. Jak sama mówi (sezon szósty, ostatni odcinek), w scenie która wzrusza mnie niezmiennie:
 "I'm looking for love. Real love. Ridiculous, inconvenient, consuming, can't-live-without-each-other love. And I don't think that love is here in this expensive suite in this lovely hotel in Paris."


A może po prostu lepiej sobie życzyć takiej weny i takich zbiegów okoliczności, żeby ze swojego życia uczynić coś na miarę hollywoodzkiego filmu…?


Dzisiaj pisała dla Was: Niepoprawna Romantyczka Little Acid.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy