by Katarzyna Kwasek


piątek, 13 kwietnia 2012

Trudne przyjaźnie

Z okazji piątku trzynastego opiszę trudne przyjaźnie w życiu każdego człowieka podczas, gdy niemalże czarny kot siedzi mi na kolanach.
[Tak naprawdę ten półperski buras mieni się kolorami w zależności jak światło na niego pada, ale nie o tym w dzisiejszym quasi-felietonie.]

1.    Przyjaźń z aktywnością fizyczną. „Najtrudniejszy pierwszy krok” jak to mówią. Bowiem jak już się zasiedzisz na czterech literach, potem ciężko je ruszyć. Zaś gdy już ruszysz, następne kroki są jakby amatorska jazda na deskorolce z górki. Czyli kończysz bez zębów.
Haha. Żarcik. Kończysz niczym Hardkorowy Koksu – głodny, spocony, umięśniony.
Ta przyjaźń wymaga determinacji, samokontroli, a także przyjaźni z samym sobą (ta natomiast szczegółowo opisana niżej). Jednak warto ryzyko tej przyjaźni podjąć, bo owocuje zdrowszym życiem, lepszym samopoczuciem, piękniejszym ciałem, cerą i duchem. Legenda głosi, że posługiwanie się pilotem to także aktywność fizyczna (o zgrozo dla niektórych jedyna). Jednak należy temu mocno zaprzeczyć. „Nie ma lipy” cytując klasyka. Dziś zamiast „kobiety na traktory” winno się powiedzieć „kobiety i mężczyźni na rowery!”. Ryzyko wielkie, zakwasy, zwiększona potliwość, bóle mięśni. Jeśli chodzi o moje prywatne preferencje  to polecam pływanie, przynajmniej eliminuje problem zwiększonej potliwości. A jednak, mimo wszystkich tych trudności warto, boć – kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.

2.    Opcjonalnie według płci: przyjaźń z pęsetą/ przyjaźń z maszynka do golenia.
Oj oj oj. Temat rzeka. Przyjaźń z pęseta to wersja głównie dla kobiet. Relacja ta bardzo wpływa na nasze stosunki choćby towarzyskie… gdy Bóg obdarza nas „jedną brwią” warto coś z tym zrobić. Nie jest to bowiem błogosławieństwo, a przekleństwo. Warto więc głośno i wyraźnie powiedzieć „pęseta niekoniecznie boli”, wystarczy tylko jej umiejętnie używać. Wersja zaś dla panów, jest mocno kontrowersyjna. Ja wiem, sentymenty. Ale „dziewiczy wąs” naprawdę warto zgolić. Wiadomo – pierwszy wyhodowany zarost, super. Poza tym powiadają że od golenia zarost staje się coraz grubszy i ciemniejszy. No właśnie! Przynajmniej nie jest dłużej jakimś meszkiem tylko staje się prawdziwym zarostem! Warto więc stanąć przed lustrem, powiedzieć sobie „stary, bądź mężczyzną” i zgolić ten pierwszy, dziewiczy zarost. Efekt gwarantowany. Od razu inna facjata!

3.    Przyjaźń ze słownikiem ortograficznym. Tak, tak. Jako „grammar nazi” czuję się w obowiązku napisania o tej jakże dla niektórych ciężkiej relacji. Bo nawet nie chodzi o to, czy piszesz gżegżółka poprawnie, ale – motyla noga – pamiętajmy chociaż o podstawowych formach. „Jest napisane” zamiast „pisze”, „wziąć” zamiast „wziąść”, „włączać”, a nie „włanczać”… dużo by wymieniać. W każdym razie przyjaźń wysoce rekomendowana przez profesora Bralczyka oraz Miodka. A ponieważ nazizm nazizmem to – Heil Bralczyk!

4.    Przyjaźń z łóżkiem. I tu zaskoczenie! Bo dlaczego to trudna przyjaźń? Paradoksalnie, na jej prostocie polega jej trudność. Bowiem zaprzyjaźniać z łóżkiem nikogo nie trzeba. Jednak linia między przyjaźnią a miłością jest dość cienką i z upływem czasu jednak przyjaźń ta przeistacza się w kochanie. Ta ewolucja jest ciężka do zahamowania. Już niemowlaki śpią po 13 godzin, wiedząc jakby podświadomie, ze „łóżko nie zadaje pytań”, „łóżko nie  zdradza”, „łóżko zawsze cię pragnie”, „łóżko jest ciepłe”. Dlatego przyjaźń te trzeba dobrze zrównoważyć i nie liczyć, że automatycznie cię wybudzi czy tez powie stanowcze „NIE! Wstawaj!”. Łóżko bowiem zawsze jest na tak. Dlatego czasami trzeba mu po prostu, z bólem serca, odmówić. I tu właśnie zaczyna się największa trudność… Łóżku odmówić się nie da…

5.    Przyjaźń z podstawowymi programami do obróbki zdjęć.
Nie każdy doceni i nie każdy polubi zdjęcie „robione żelazkiem”. Może jestem na tym punkcie wyczulona, ale wrzucając na profilowe fotkę zrobioną Nokią 3310 trudno jest tak naprawdę wyczuć czy ktoś lubi, bo ładne czy lubi, bo cię lubi. Najlepiej mieć dwie te rzeczy naraz. Dodatkowo ważna jest przyjaźń z samowyzwalaczem, domownikiem, KIMKOLWIEK byleby tylko nie robić zdjęcia w lustrze. Z fleszem. No chyba, ze to taki performance. Wtedy pokłony dla awangardy i brawa za wyjście poza schematy.

6.    Przyjaźń z samochodem. Cóż, niełatwa sprawa. Pierwsze spojrzenie – zauroczenie. Drugie – nienawiść. Trzecie – no właśnie trzecie powinno być przyjaźnią… w teorii brzmi cudownie jednak w praktyce wymaga dużo więcej czasu. No chyba ze to jakieś cabrio. Lamborghini. Nówka mercedes. Śliczne BMW. Ewentualnie skromny Ford Mustang model z lat ‘70. Jeśli jednak pozostaje ci auto rodziciela, zaakceptuj je takim jakim ono jest. W każdym razie warto. Warto choćby dlatego żeby przylansić przed rodziną jak bardzo jesteś dobrym kierowcą i jak uczynną osoba deklarując się w święta jako kierowca. True story.

7.    Przyjaźń ze słuchawkami. Ten wspaniały wynalazek nie jest doceniany przez wszystkich. Za przykład podam sytuacje znane z komunikacji miejskiej czy choćby ze spacerów po mieście wieczorami, gdzie ewidentnie ktoś zapomina, że istnieje coś takiego jak słuchawki i puszcza muzykę z telefonu na głośniku. Oj – boli. Boli szczególnie wtedy gdy z głośnika nie lecą miłe ci gatunki, lecz takie, których twe ucho nie zdzierży.

8.    Ostatnia. Przyjaźń ze samym sobą. Do niej po prostu trzeba w życiu dojść, tak jak do wprawy w malowaniu paznokci lewą ręką (prawą dla mańkutów). Nieważne jakimi ścieżkami, nieważne jak długo do tego będziemy docierać, w końcu musi się to stać by żyć w zgodzie ze sobą. I nie chodzi tu o moralne rozdroża, ale także po prostu o zwykłą akceptację siebie, nieważne jak bardzo „zrytą” (może lepsze słowo to bujną?) masz psychikę. W każdym razie, trudna to przyjaźń i wypełniona upadkami, ale przyjaźń warta podtrzymywania. Pamiętajmy jednak żeby nie przegiąć w drugą stronę i aby z przyjaźni aby nie zrodziła się miłość do samego siebie zwana także przez ludzi mądrych narcyzmem. Rozpowiadanie wszystkim jak dobrze czujemy się w swojej skórze, pisanie na facebooku statusów „achh, jestem cudowna/-y. kocham się ♥” to objaw symptomu zwanego „forever alone”  i nie jest zbyt akceptowany przez społeczeństwo. Że ktoś nie ma kompleksów – po prostu widać – i nikomu nie trzeba o tym przypominać. Jeśli jednak o tym mówi przy każdej możliwej okazji – coś jest nie tak i warto sprawdzić czy to jednak nie wołanie o pomoc: „oj powiedz oj powiedz mi jak bardzo jestem piękna!”. Złoty środek wydaje się więc idealny. Horacjuszu – sit tibi terra levis. Niech ci ziemia lekką będzie za ten wynalazek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy