by Katarzyna Kwasek


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Kto czyta nie błądzi


Z okazji Dnia Książki, nie wypada napisać dziś o niczym innym jak o ostatniej książce jaką przeczytałam.


W ciężkich czasach, gdy przeciętny Polak czyta ćwierć książki rocznie, stawiam przed sobą zadanie polecenia powieści, która za sprawą pewnej poczciwej osoby (pozdrawiam czule) znalazła się w moich rękach. 


I tak, tytułem wstępu rozpoczynam proces. Oskarżonym jest amerykański ceniony doktor i pisarz Walker Percy. A jego adwokatem ja.


Treść oskarżenia to skradzione godziny w różnych sytuacjach, najczęściej godziny, które powinnam poświęcić na naukę historii powszechnej państwa i prawa :) oraz późne godziny nocne, bowiem ostatnie sto stron, w przeciwieństwie do podręcznika prof. Sczanieckiego, nie dało mi zmrużyć oka.


I tutaj zaczynam obronę:
„Walker Percy, pisarz godzien uwagi, stworzył powieść „Syndrom Tanatosa” zawierającą elementy zagadki niczym te z dr House’a, thrillera na miarę „Milczenia owiec”, wątki społeczne, tragiczne, erotyczne (a raczej patologiczne), eteryczne i inne -czne, przede wszystkim psychologiczne mocno trzymające w napięciu.


Trudno oczekiwać, że na samym początku wyłoży nam autor na ławę cały problem powieści, stąd więc usprawiedliwienie dla pierwszych stu stron skrupulatnych opisów; właśnie co do opisów oskarżony Percy jest bardzo szczegółowy, czy to dobrze czy źle – zalezy dla kogo, osobiście jednak uważam, że to dobrze. W ten sposób jesteśmy w stanie mocno zagłębić się w silnie spsychologizowane, pokrętne logiki każdego bohatera z osobna.


„To nie jest kraj dla starych ludzi” zatytułowali bracia Cohen swój film. A moja parafraza zabrzmi tak: to nie jest ksiązka dla słabych ludzi.


Może przesadzam, ale niektóre sprawy, które oskarżony porusza w książce zasługują na miano „hardcore’u”. Co nie powinno być przeszkodą – wręcz przeciwnie – to dlatego książkę tę odkładasz na bok, by zadręczała cię, aż w koncu przeczytasz całą.


Czy nudziłam się czytając tę książkę? Nieśmiało, ale powiem, ze nie. Znalazłam tam naprawdę dużo akcji, poczułam tam klimat poniekąd mrocznej Luizjany.


W ogólnym zarysie opowiada ona o przygodach (ha, to złe słowo. Raczej o rebelii) pewnego niestrudzonego psychiatry z dziwnymi objawami u jego pacjentów, dotąd mu nieznanymi. Gdy przypadków podobnych objawów zaczyna się pojawiać coraz więcej, a ciary przechodzą po plecach, okazuje się ze to wszystko nie przypadek, a za chorymi ludźmi kryje się grubsza sprawa, nie tylko cywilizacyjna, sezonowa choroba zwana depresją. Grubsza sprawa to mało powiedziane – problem jest naprawdę duży. A wraz z nim zaczyna się akcja, coraz to nowe odkrycia, wątki, przypadki, problemy. Dodatkowo sporo w tym ideologii, i to chwilami bardzo dziwnej, a także historia sięgająca okolic II wojny światowej.


Co dziwne, przez całą powieść miałam wrazenie ze nie dzieje się ona współcześnie, mimo ze napisał ją Percy w 1987, a w koncu to już współczesność, w dodatku problemy tu poruszane są współczesne. Jednak wszystko to wydaje się być osadzone na jakims onirycznym, zamglonym Dzikim Zachodzie, gdzie głowny bohater, niczym szeryf niewielkiego miasteczka pograżonego w mroku i złu, dzielnie z nim walczy.


Czy walkę wygrywa – polecam przeczytać. Całokształt wywołuje reakcję na kształt: „o, kurczę” tudzież „o, fuck” co by być międzynarodowym, bo przecież po angielsku wszystko brzmi ładniej.


Enjoy!”


Oskarżony autor – winny kradzieży kilku godzin z życiorysu czytelniczki. Skazany na pochwałę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy