Założę się, że o tym filmie po prostu nie słyszeliście.
Jest to niezwykle prawdopodobne, ja sama dziwię się, że go odnalazłam (przypadkowo).
Mowa o filmie "Miłość Larsa" ("Lars and the Real Girl").
Jest to najbardziej zaskakujący film ostatnich miesięcy jaki udało mi się obejrzeć. Właściwie mogę go nazwać perełką, bo zwyczajnie - rzadko uda mi się trafić na coś, co mnie tak poruszy (nie wzruszy, bo o to akurat łatwo).
Z każdą minutą tej opowieści byłam w coraz większym szoku, jak daleko zajdzie ta absurdalna, gorzko-śmieszna fabuła! Dlatego nie mogłam oderwać wzroku od ekranu.
A ponieważ sporą część filmów wyłączam po 10 minutach, albo - co gorsza dla mnie - zmuszam się w nadziei, że stanie się coś co diametralnie zmieni moje zdanie o obrazie. Niestety, nigdy się tak nie dzieje. Magnetycznie musi być od samego początku.
I tak było w przypadku "Miłości Larsa". Historia nie z tej ziemi. Główny bohater, Lars, którego gra bożyszcze ostatnich lat - Ryan Gosling, to zdziwaczały, samotny dwudziestosiedmiolatek żyjący w garażu z wyboru, zupełnie odporny na kobiety - właściwie to nimi niezainteresowany.
Aż tu pewnego dnia zamawia sobie idealną dziewczynę.
Z tworzywa sztucznego.
Tak, tak - kupuje przez internet lalkę, coś jak Barbie o ludzkich wymiarach.
I obdarza ją wielkim uczuciem.
Więcej nie zdradzam, bo to powinno wystarczyć, żeby po ten film sięgnąć (dla mnie wystarczyło). Ta historia jest tak bardzo absurdalna, ale bardziej absurdalne są reakcje wszystkich dookoła (szczególnie brata Larsa i jego żony, ale też całej okolicznej społeczności). Jednak oprócz tego tyle w tej opowieści ciepła, przyjaźni, miłości i - z drugiej strony - zupełnego wariactwa, absurdu, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Jeśli wziąć taką fabułę dosłownie, to materiał na głupawą komedię.
Ale jeśli lekko przymrużymy oko, dostrzeżemy tu tyle różnych, wspaniałych odczuć i wiary w ludzkość podanej w dobrym stylu, że po ostatniej scenie po prostu się do siebie uśmiechniemy.
Dodatkowym plusem jest główny bohater. A właściwie aktor go grający. Goslinga widziałam jak dotąd w "Pamiętniku" ("The Notebook"), którym skradł serce Hollywood i moje, później w "Kocha, lubi, szanuje" ("Crazy, stupid, love") - które było lekkim i bardzo przyjemnym filmem, ale Ryan zabłysnął tam głównie idealną masą mięśniową, no i oczywiście w "Drive", gdzie z jego ust padło może kilkanaście słów, a mimo to był hipnotyzujący.
Ten facet to trochę fenomen, większość jego ról była do siebie podobna, grając praktycznie milczy, a jednak jest mocno rozchwytywany... To chyba ta nietypowa uroda (nie jest do końca amantem) i smutne oczy, jakby wiecznie zmartwione i takie dobrotliwe.
Jednak po zobaczeniu, jakim jest Larsem, zupełnie zmieniłam zdanie o nim. Od wczoraj uważam go za naprawdę dobrego aktora z ogromnym potencjałem. I cieszę się, że dopiero teraz znalazłam film, w którym gra dziwaka i w dodatku gra go tak dobrze, bo po rolach przystojniaków nie spodziewałabym się, że tak pięknie odnajdzie się będąc nieudacznikiem. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić nikogo innego w roli Larsa.
Nie spodziewałabym się, że aktor może mnie aż tak zaskoczyć.
Oprócz tego na uwagę zasługuje rola Emily Mortimer (wcześniej widziana we "Wszystko gra" Allena i "Our idiot brother"), jednak jak dotąd była dla mnie strasznie niewyraźna i nieciekawa. Dobra na tło. Tutaj gra obok Goslinga główną rolę - bratowej Larsa, od której bije mnóstwo dobroci i zrozumienia dla głównego bohatera. Jest lekko zdziwaczała, czasami irytująca w swojej wyrozumiałości, ale przede wszystkim kochająca. I budzi podziw.
Bo chyba niełatwo zagrać kogoś kto jednocześnie irytuje i zarazem przyciąga...?
To tyle o najdziwniejszej love story jaką można sobie wyobrazić.
Bardzo polecam ten obraz. Na nastające jesienne wieczory jest jak znalazł.
Pocieszny, słodko-gorzki, niejednoznaczny, a przede wszystkim taki, że nie da się oderwać wzroku.
Pozdrawiam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz